• Facebook
  • Twitter

404 Używki

Moje przygnębienie rosło, powoli drążąc wątłe opakowanie. Przypomniałem sobie, że wcześniej niemalże kochałem swoje nowe możliwości, a teraz – jak starzec modlący się o śmierć – chcę, aby moje zmysły zostały stłumione, aż do terminalnego wyłączenia. Oczywiście to tylko iluzja – mówiłem – tylko określony stan kwantowy dość stabilnego, na ogół pozytywnego samopoczucia, ale ile razy mogę siebie oszukiwać, wyrzucając, że nic się nie dzieje, że wszystko jest dobrze. Przecież to zbyt trudne, nie jestem Arkturianinem, zaledwie nieudanym eksperymentem naukowym, mutantem. W dodatku szuka mnie cała galaktyka, a ja umilam sobie czas samolubnie badając obcą, odległą planetę, zupełnie nieświadom zagrożeń wynikających z takiej bierności. Fajnie. Cóż innego mogłem bowiem powiedzieć? Fajnie.
Zauważyłem, że coraz bardziej interesują mnie osoby w bezpośredniej bliskości. Natężenie światła sprzyjało obserwacjom, nie raziło mnie w oczy, raczej spokojnie wynurzało kształty obiektów. Ważnym faktem było spostrzeżenie, iż opakowanie jest pełne wad, natomiast jedna z nich – krótkowzroczność oczu – była przynajmniej w aspekcie biologicznym mało dokuczliwa.

Czy nie potrafiłem się już złościć, myśląc o wątłym wzroku? Czy szukanie mojej własnej chwały już nie było absolutnym, pierwotnym celem? Przecież ułomności, wady, błędy to ogromne bariery – nagle utraciły swoje znaczenie. Warto się było nad tym zastanowić w wolnej chwili, ale nie miałem zupełnie czasu – przede mną bowiem ludzie. Chcę ich poznać, zaobserwować ich zachowania, dogłębnie sięgnąć po prawdę. Wyciszenie zmysłów, przestawienie na totalny odbiór osób będzie trudne, na szczęście najbliższe otoczenie udało mi się skatalogować bez większych strat, a pułapka nadal funkcjonowała, dzielnie odpierając ataki – owady chyba wycofały się, szykując następną ofensywę.

Wokół mnie siedziało kilka osób. Po mojej prawej stronie – dość blisko, ale poza strefami biologicznych wpływów aury – siedział Lord Gandalf. Nie byłem pewien jego prawdziwej tożsamości – całkiem niedawno wziąłem go za agenta obcego wywiadu – ale okazało się, że jest jak najzupełniej w porządku, że to jeden z naszych. Nie był wtajemniczony w szczegóły eksperymentu, ale jego stoicka, niesłychanie stabilna postawa zdradzała ogromną dzielność i potencjalną wolę pomocy. Jego oczy zdradzały moc przeszłych doświadczeń, dawne kłopoty, przebiegłość, dużą inteligencję, może nawet brakowało im wrażliwości. Tego nie mogłem wiedzieć, lecz miałem przeczucie, że z jego strony absolutnie nic mi nie grozi. Myślę, że nawet może mi pomóc, kiedy tylko będę w kłopotach. Dobrze, że siedział blisko, a jego kobieta jest całkowicie pod jego wpływem – z pewnością miało to związek z jego potęgą, władzą, a może po prostu miał doskonałą metodę, by okiełznać samicę.

Od razu wróciły myśli o Niej, dramatycznie powracały, jakby ścigane tworzoną przeze mnie grawitacją. Nie mogę, nie potrafię, nie chcę rozumieć, nie mam siły, możliwości, środków, by cokolwiek zrealizować. Może znajdę pomoc, może nie będę potrafił, ale nie mogę się tym teraz zajmować.
Na szczęście pojawiła się jeszcze jedna osoba, mój lokalny wróg, Brutus, nędzny zdrajca, szyderca, totalne wcielenie fałszywego przyjaciela. Generalnie nie miałem żadnego pomysłu na to, jak w miarę dyplomatycznie rozstrzygnąć jego wtargnięcie na nasze terytorium, na moje terytorium. Przecież zdeptał zaufanie, zmiótł mocnym ciosem wszystkie pozytywne rzeczy, o których w jego kontekście myślałem. Unicestwił wejście do Jej ogrodu. Kurwa, dlaczego? Gniew. Zło. Destrukcja. Myślałem, jak go zlikwidować, czym, gdzie, kiedy, czy teraz, czy może przeczekać, odłożyć jego apokalipsę?
Inicjatywę przejął Red. Jak go cholernie nie potrafiłem wcześniej docenić, jakże fałszywy byłem w osądach, jak poprzez litery chciałem dotrzeć do jego wnętrza, chciałem wytworzyć relację przyjaźni, męskiej akceptacji i szacunku, może uzyskać pomoc, chociażby w słowach otuchy. Byłem poza zasięgiem – dopiero teraz widziałem, jak mną gardził, manipulował, bawił się. To nic, wytrzymam. Muszę wytrzymać. To tylko eksperyment.

Red usadził Brutusa w miejscu, trzeźwo ocenił jego możliwości alkoholowe, sięgnął po używki. Marihuana w szybkim czasie zaczęła działać, kobieta Lorda – zapomniałem jej etykiety – była temu obojętna – ciekawe, gdzie ją kupił, cena przestała być istotna. Na czarnym rynku, na mojej planecie dostałbym niezłą sumkę. Ja, a w zasadzie Ja i opakowanie – nie przyjęliśmy tej używki, zresztą nie mogłem – byłaby to ogromna katastrofa.

Czerwony Jeden po kilku minutach (może były to godziny? Nie mam pojęcia) obnażył swoją naturę. Błąd – pokazał jedynie (spory) kawałek wnętrza swej osobowości. Jestem przekonany, że nigdy nie zostanę z nim w relacji, która by mi odpowiadała, ale też znam siebie zbyt dobrze (może?), by być teraz tego świadomym. Chaos myśli był niewyobrażalny. Dobrze, że porządkował mi go mój przewodnik – wystarczyło tylko jedno krótkie spojrzenie.

Myślałem o nim, myślałem o jego elokwencji, strukturze, o egoistycznym, a raczej egocentrycznym podejściu, widziałem szereg jego osobistych zabiegów afirmacyjnych, katalizatorów jego chwały – uwielbiał wznosić się ponad przeciętność, ponad biologiczne ograniczenia, których był niewolnikiem – co zawsze podkreślał. Nie piętnowałem go za wady – przyzwyczaiłem się do nich, nawet przerywanie mi procesów myślowych, częste zamykanie mi ust, jakby posiadał monopol na prawdę, również mi nie przeszkadza (rzeczywiście nie prowadzi dialogów na tematy mu obce, ignoruje często zagadnienia ważne dla innych, milczy w chwilach istotnych). To oczywiste, że w tej chwili był bez skazy – w tym momencie to jego najważniejsza rola, muszę komuś bezgranicznie zaufać, nie dbam o to, że kładę swoje życie, swoje serce na talerzu.

Niesamowicie przypominał jednego z ziemskich aktorów – niekoniecznie optycznie – gestem, mimiką twarzy, układem owłosienia na różnych częściach czaszki – podobieństwo było uderzające. Mickey Rourke to był on – aktualne wcielenie pełnego honoru i zasad człowieka, jednocześnie delikatnie perwersyjnego i przerażającego. Jego bliska obecność, moje wrażenia – powodowały lekki niepokój. Nie bałem się przesadnie, świadomość obecności tak potężnego mutanta, demiurga lokalnego świata mojego nosiciela – NIE! Mój świat również był pod jego wpływem – nawet wiem kiedy, wiem dlaczego próbowałem się uwolnić, sięgnąć po władzę i koronę mistrza. To część treningu, część szkolenia – jego kolejny eksperyment. Przez chwilę pojąłem jego geniusz, jego potęgę.

Co zrobi? Jakie zjawiska będą jeszcze jego udziałem? Czy uda mi się zajrzeć za kotarę iluzji?

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *