• Facebook
  • Twitter

658 ALFA

Najciekawsze elementy percepcji, dotąd nieznane moim zmysłom, zaczęły górować nad psychiką tuż po lądowaniu. Wszystkie obiekty wydały mi się niesamowicie dokładnie przemyślane, zaprojektowane z ogromną kreatywnością i produktywnością. Zapalniczka doskonale załamywała światło, papieros miał cudowny smak zimowego poranka, materiały pokrywające ciała pobliskich istot zdawały się oddychać niezależnie od właścicieli. Być może miały świadomość. Twarze nie ulegały modyfikacjom – zostałem przed podróżą ostrzeżony przed tym zjawiskiem – ich kształty łączyły się z zapamiętanymi wcześniej postaciami z tutejszych przekazów elektromagnetycznych. Elementy otoczenia przywoływały niezliczoną ilość cytatów z całego zakresu przyswojonej przeze mnie literatury tubylców. To samo dotyczyło kolorów, wyglądu tekstur, konturów obiektów. Nie byłem już niewrażliwy na kolor zielony – to zapewne kolejna zasługa organizmu, który przejąłem. Doświadczenie można porównać do przemieszania funkcji poszczególnych zmysłów – głównie smaku i wzroku. Słuch i zapach były uśpione – nie nadszedł jeszcze czas ich działania. Synestezje zdarzają się większości humanoidów, niezależnie od tego, czy poszczególne osobniki potrafią je dostrzec i zinterpretować. Pomyślałem wtedy, że należy zjawisko nazwać omnistezją, ponieważ wszystkie źródła absorpcji informacji łączą się w całość. Do tego wszystkie zmienne, bodźce, znaczenia każdej rzeczy mają już teraz, w tej chwili – w momencie ich przywołania, w momencie obserwacji – określoną przyczynę, określony, z góry założony sens, kontekst. Kwantowe uporządkowanie stanów. To wyraźność, wordity – pojęcie znane z zupełnie innych doświadczeń – wraca, ogromnie spotęgowane, wzniosłe, jednocześnie przyjemne i przerażające. Nagle pojawiło się słowo „fajne”, gdyż nie potrafiłem w tamtym momencie szybko znaleźć innego słowa w ich języku, słowa, które dokładniej oddawałoby sens wyraźności wrażeń.

Wraz ze zmianą oświetlenia pobliskiej gwiazdy, w doskonałej symbiozie z biosferą planety i wstępującej ciemności wieczoru towarzyszyły błyski kontrastów, połączone z falowaniem otoczenia. Wtedy zdarzył się krótki incydent, podczas którego poznałem innych humanoidów, którzy zdawali się znać mojego nosiciela. Nosiciel to być może nieodpowiednie słowo, jednak inni rozpoznali go, a z ich zachowania wynikało nawet, że gardzili nim, szydzili z niego. Poczułem lekki strach – po raz drugi – bo nie mogłem w tym momencie decydować za opakowanie. Niepokój był tym bardziej niecodzienny, że przypominał zmysłowe dotknięcia wilgotnego języka – całe ciało z rosnącym drżeniem poddawało się tej unikalnej pieszczocie.

Nieważne.

Co będzie, gdy zorientują się, że dobrze im znany towarzysz, przyjaciel, wróg – nie byłem pewien – jest opętany przeze mnie – galaktycznego podróżnika? Może jednak warto zadziałać dla właściciela ciała, którego byłem gościem i wszystko okaże się w końcu złym snem. Przynajmniej będzie miał odwagę przyznać, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mu się przekroczyć granicę obojętności, jaką wyznaczali jemu podobni. Może nawet będzie szczerze dumny z tego, że sprawnie poradził sobie z nimi wszystkimi w obliczu zagrożenia. Nie miałem jednak pojęcia, jak sprawne jest moje opakowanie, czy potrafię w pełni kontrolować jego odruchy, a przede wszystkim czy jest kompatybilne z wyuczonymi sposobami walki, które dobrze znałem. Niewykluczone także, że ich broń byłaby zbyt archaiczna, abym podjął równorzędną walkę, nie mówiąc o wygranej. Dawno skończyłem z wojną, nie chciałem też występować wbrew ich ogólnie przyjętym zasadom – nie były mi one wystarczająco dobrze znane. Szczęśliwie zjawił się mój sojusznik, widocznie przez cały czas byłem pod jego obserwacją. Wnikliwie spojrzał mi w oczy, informując o całkowitym sukcesie wstępnej fazy. Powitał mnie, wyraźnie zadowolony ze swego śmiałego posunięcia. To on sprowadził mnie tutaj, zaprosił do odwiedzenia swojej macierzystej planety. Znał również właściciela ciała, w które wszedłem, postanowiłem więc wobec tych okoliczności zrezygnować z działań obronnych. Poczekać na noc – tego chciałem – upatrując w niej dogodnej pory ataku. Brak światła – wiedziałem o tym z nielicznych zapisów – bardzo przytępiał ich zmysły, być może więc wygram to starcie, a dla swego nosiciela wywalczę lepszą pozycję w łańcuchu pokarmowym. Ich hierarchia jest prosta, to samo z systemem wartości, celami, kierunkami rozwoju ich cywilizacji. Wobec oczywistych wniosków i założeń należało walczyć, przestawić się na aktywność, naciągnąć pancerz. Cały czas myślałem o Niej, o nadwątlonej relacji, o zniszczonych nadziejach, nie wiedząc nawet, w jaki sposób bardzo ją dotknąłem, dlaczego w ogóle pogorszyły się kontakty, i tak ułomne i szczątkowe.

Nie mogłem o tym myśleć. Groziło to wyjściem poza ograniczoną świadomość nosiciela, a tym samym nie dałbym mu ponownej szansy na przebudzenie, gdy opuszczę jego ciało. Na szczęście mój przewodnik rozwiał moje lęki, mówiąc raz jeszcze – relax, float downstreams. Wszystko minie, zmieni się, zmodyfikuje, przecież nie na tym polega życie. Może jednak cały czas się okłamywałem? Nie wiem. Skierowałem się w pobliże legowiska mego przewodnika. Zaczynałem odczuwać, że nie jest mu obojętny los właściciela opakowania – to krzepiąca informacja. Dodawała odwagi i bezpieczeństwa. Wszystko zmierzało ku dobremu rozwiązaniu, gdy nagle pojawiły się komary.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *