• Facebook
  • Twitter

723 Dialogi? Jeszcze nie teraz.

DIALOGI? JESZCZE NIE TERAZ

Początek synchronizacji uszu z resztą aktywnych lub rodzących się jeszcze zmysłów był niezauważalny. Po prostu nagle tubylec (tak mi się wydawało) o dźwięcznym imieniu Hendrix zaczął prezentować swoje możliwości instrumentalno – wokalne. Wtedy też po raz pierwszy, dość intensywnie, moje kompulsywne reakcje dostosowawcze przegrały ze zmysłem estetycznym i eksplodowałem nadmiarem informacji. Widocznie mózg wrócił do pierwotnego stanu kwantowego, dokonując błyskawicznego uporządkowania danych.
Niewyraźne światło, lekka smuga dymu z papierosa, swobodny, delikatny uśmiech, spokojna muzyka, jednoczesna kakofonia i harmonia – wszystko dość mocno wpłynęło we mnie. Przeżywałem każdą nutę, każdy akord. Dotykałem powietrza, które falowało wskutek zmian ciśnienia powodowanych dźwiękiem. Teksty piosenek, instrumenty, tempo, frazy – wszystko zamykało się w perfekcyjną, gładką całość. Nie potrafiłem przez dłuższy moment odbierać sygnałów od receptorów dotykowych, od ośrodków detekcji bólu – nadal dość dotkliwego, zwłaszcza w okolicy nerek – niemych wspomnień niedawnych, rytualnych tortur.
Przyjemność, ekstaza w samym odbiorze muzyki. Coś wspaniałego. Chwila, przy której tracą sens inne pozytywy – tak straszliwie rzadkie. Moment wart każdego cierpienia. Wydawało mi się nawet, że życie jest piękne i cudowne. Przypadek i sens. Znaczenie i przyczyna. Chwila prawdy i uśmiech pośród zimnej, komarzej nocy.
Nie trwało to długo, a pojawił się kolejny element układanki – ściana napisów. Ukazywały się na niej, wypływały z równej, chropowatej powierzchni; zanim odczytałem znaczenie poszczególnych liter, tonęły w czeluści kruchego betonu. Znaki, wyrazy, często bardzo umowne, schematyczne obrazy – wszystko wydawało się współgrać z muzyką. Każdy kawałek miał swoje miejsce, nie było żadnego negatywnego, zbędnego elementu – nawet komary zdawały się niemalże nie istnieć, widocznie przerażone polowaniem. I know the pieces fit – chciałem ułożyć na białej płaszczyźnie, ale zaraz zrozumiałem, że nie ma wszystkich elementów, bo nie ma Jej, przez co jestem tylko małym robakiem, w wynajętym na pewien czas opakowaniu. Wszystko pasuje, mimo to cholernie się komplikuje, multiplikuje, i samo – przez trwałe okoliczności – umiera, jak kot w pułapce nieoznaczoności.
Tak, to był taki kot Schroedringera, biedny głupiec, który wpadł w sidła prawie doskonałej konstrukcji i cały czas tkwi tam żywy. Zaczyna nabierać świadomości, że i tak jego chwile dobiegają końca, bo zaraz ktoś zajrzy do środka, a gdy to się stanie – pułapka zadziała. Jej doskonałość wyklucza szczęśliwe rozwiązanie, a on jest przecież tylko kotem, w dodatku pełnym – jeszcze? – pcheł z przeszłości…
Moje ekstatyczno – przerażające gonitwy podświadomości przerwał brutalnie Red, siadając naprzeciw. Nalał odrobinę soku i wypił, podkreślając magiczne właściwości i zapach dzisiejszego wieczoru, który postanowił się już konkretnie rozbudować. Zaangażował nawet nieliczne jeszcze gwiazdy. Byłem pod wrażeniem.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *