• Facebook
  • Twitter

Eksperyment 167 – Komora Deprywacyjna

Komora deprywacyjna to dość ciekawe doświadczenie. Dostałem urodzinowy voucher od ukochanej i jak zwykle nie potrafiłem się zebrać w sobie, aby od razu go wykorzystać. Mijały tygodnie, miesiące – termin nieważności vouchera był coraz bliski. na trzy tygodnie przed terminem ważności zdecydowałem się spróbować zanurzenia w deprywacji…

To już dość duży sukces – odważyłem się wyjść z bunkra, odważyłem się zanurzyć…

 

Ośrodek w centrum miasta był dość niewielkim mieszkaniem poniżej wysokości ulicy, zaadoptowanym na potrzeby studia masażu, holistycznych elementów terapii (kadzidła, bańki, zajęcia oczyszczające ciało i dusze, o różnym stopniu komplikacji i fanatyzmu fringe’owo – pseudobełkotliwego) i innych elementów. Komora deprywacyjna, która odetnie moje wszystkie zmysły to obietnica bez pokrycia – byłem bardzo sceptycznie nastawiony do całości. Pominąwszy kwestie higieniczne – grzybica, wilgoć, pleśń – sam fakt zanurzenia w wodzie o temperaturze mojego ciała i gęstości umożliwiającej uniesienie mnie na powierzchni był dość interesujący. Nie pozostało mi nic innego, niż wypróbować ten aparat – czułem się trochę jak asystent Kopernika, obserwujący kolejne ciało niebieskie – chuj z tym, jaki Kopernik, taki asystent…

 

Dostałem komplet silikonowych zatyczek do uszu, włożyłem je – są mi doskonale znane, dzięki nim mogę bardzo dobrze, totalnie wypocząć podczas snu.

 

Bardzo ciekawy efekt ciepłej wody, która wydała mi się cieplejsza, niż być powinna oraz zapach kordytu. Wszechogarniający spokój, delikatne, niebieskie światło z wnętrza kabiny…

Położyłem się na plecach i zauważyłem, że receptory skóry dość szybko przyzwyczaiły się do temperatury wody wokół mnie – z reguły ciężko mi jest opanować pierwszy odruch cofnięcia, ucieczki – bardzo nie lubię, jak coś, cokolwiek mnie dotyka… Toleruję chyba tylko ubrania i zwierzęta – z ludźmi idzie mi trochę gorzej. To chyba przez uszkodzony receptor w mózgu, odpowiedzialny za wydzielanie serotoniny i endorfin podczas oksytocynowej odpowiedzi na dotyk… Nie wiem, może brak warunkowania – nie pamiętam, czy jako dziecko byłem wystarczająco mocno czy często przytulany – bo pierwsze wspomnienia wskazują raczej na niechęć podobną do tej, którą odczuwam obecnie. Definicja osobistej przestrzeni jest chyba w moim przypadku dość radykalna – łącznie z nieingerencją innych obiektów w ten główny, w mój – w moje ciało. Tylko na moich warunkach, tylko w przypadku kontrolowanych eksperymentów.

Nieważne. Leżąc w wodzie powoli przyzwyczaiłem się do warunków brzegowych. Pozostało wyłączyć światło. Przepiękna, lecz niestety lekko śmierdząca hipiska zapowiedziała, że po godzinie lekko zapuka w drzwi do pomieszczenia komory deprywacyjnej – to będzie dla mnie znak końca sesji. Wyłączyłem zatem światło i powoli przestałem ruszać kończynami, gdyż wpadałem w dziwny dryf, wskutek którego odbijałem się od ścian komory. Ręce opadły swobodnie, ale nie potrafiłem ich utrzymać w większym rozstawie, jakoś bezpiecznie osiadły w pobliżu ud. W porządku, powinienem teraz się zrelaksować i zrobić to, co najtrudniejsze – wyłączyć myśli. Wszystkie myśli. Ale o czym tu myśleć, aby nie myśleć?
Od razu zaabsorbowały mnie impulsy chemiczne przekazywane do receptorów wzroku – powidoki, kształty, kolory – to wszystko pojawiło się w pierwszych kilku sekundominutach… Nie byłem pewien upływu czasu. Mogłem dość wyraźnie słyszeć swój oddech i czułem dziwny, kordytowy, siarkowy zapach komory. Po kilku chwilach przyzwyczaiłem się do niego i wpadłem w tunel tak charakterystyczny dla kilku minut zasypiania – ten cudowny obszar wszechświata, w którym byłem tak bezpieczny i tak… zupełny – teren znany mi z mojej podróży 5meo…

Ale to nie wszystko, to dopiero początek. uspokojenie myśli było arcytrudne – Nie potrafiłem zupełnie wyłączyć mózgu, wyłączyć szeptów wielkiej rady – dyskusja między kwantami moich subosobowości zaczęła przybierać kierunek seksualny – jak zwykle przy zasypianiu, pomyślałem. Przed oczami, a może gdzieś z tyłu świadomości miałem niedawne chwile spędzone z dziewczynami, miałem przed sobą wszelkie możliwe przyszłe konfiguracje i fantazje… niesamowicie oczyszczający flow, który potęgował uczucie spadania… Miałem się unosić, a spadałem… w otchłań, w głębinę studni, mocno czując ciśnienie powietrza czy strukturę materiału, który hamował moje spadanie, ale nie do końca – jakby wiatr czy podmuch… Powoli rozpadałem się na kawałki, powoli seksualne fantazje wypłowiały, a raczej oddaliły się ode mnie – a może to ja oddalałem się od siebie?

Wyobraziłem sobie, że jestem w próżni, przestrzeń kosmiczna wokół mnie była bardzo pusta, zimna i nieprzyjazna… nie mogłem dostrzec żadnych punktów odniesienia, żadnych gwiazd, planet – wszystko wokół mnie było chłodne i ciemne. Bardzo ciemne, na granicy widzenia. Czułem, że jedyny kontakt z moim ciałem to udo dotykane przez dłoń oraz oczy – trzymałem je mocno zaciśnięte. Po ich otwarciu scena nie zmieniła się prawie wcale, wrażenie spadania ustąpiło wrażeniu zakotwiczenia, zatrzymania… Tak, jakbym był w samym centrum nieskończonej przestrzeni, bez żadnego źródła światła, bez żadnego odniesienia… Bo jestem centrum nieskończonej przestrzeni… Jestem centrum wszechświata ogólnego – dla niektórych może być to lokalny – dla mnie jest to wszechświat absolutny, wszechświat zupełny, mój osobisty kawałek szczęścia, moja kryjówka, moja bezpieczna przystań.

 

Poczułem wielką ulgę, bo dotarłem do miejsca, które było dobre, bezpieczne ale i znajome – jakbym już kiedyś, wielokrotnie tam przebywał. Nie bałem się konsekwencji, jeszcze chciałem znaleźć jakiś punkt odniesienia, jeszcze chciałem wzrokiem dostrzec nawet najprostszą formę geometryczną, nawet jeden kwant światła. Byłem też trochę zdezorientowany, a uczucie spadania zmieniło się we wznoszenie. Wydawało mi się, że lecę lub zaczynam się rozpędzać – ciężko jest mi sobie przypomnieć, jaki wachlarz uczuć towarzyszył startowi.

 

Czułem się bardzo sam, w tamtym miejscu – być może czuję się tak zawsze, a bliskie relacje, znajomości, zakochania, zauroczenia, kochanki, fuck buddies, związki, relacje są tylko plasterkowaniem, są tylko placebo, witaminą c na kryzys egzystencji i jej prawdę. Mam tylko siebie, jestem sam, ale jestem w dobrym miejscu, jestem wewnątrz lokalnej fraktalnej struktury lokalnej rzeczywistości – jestem w swoim królestwie, swoim wszechświecie i dobrze mi z tym…

Mimo dyskomfortu.

Rozpływałem się w tym wrażeniu, wydawało mi się też, że poruszam się nie do góry, ale ruchem spiralnym, czy wahadłowym w wielu kierunkach – wszystko wokół mnie zaczynało powoli wirować, poruszać się. Było mi niezmiernie trudno wyczuć dokładne zmiany położenia, bo nie miałem żadnego widocznego układu odniesienia – może poza kontaktu jednego z palców z moim udem…

Większość spraw, nad którymi bez przerwy intensywnie myślę – wydawała się mieć bardzo proste rozwiązania – to bardzo dziwne uczucie, gdy zacząłem sięgać w stronę myśli danego dnia, tygodnia… Problemy, sytuacje, wydarzenia – wszystkie elementy miały swoje znaczenia, miały ukryte motywy, ale były dość prosto, dość bezpośrednio połączone ze sobą w spójną całość. Wszystko było połączone, a na powierzchni wizje bliskości, intymnego połączenia z kilkunastoma kobietami obecnymi w moim życiu, a może była to wizja głębsza – połączenia mojej energii z energią przeciwną, z energią kobiecą… nie byłem niczego pewien, nie byłem zdecydowany na żadne rozstrzygnięcie, na żaden kierunek… Może rzeczywiście jestem awatarem chaosu i zniszczenia, a obecnie ratuję lokalny wszechświat moją nieingerencją, moim wycofaniem, moim niezdecydowaniem? Ziemska forma tak bardzo niekorzystna, tak bardzo nieciekawa, tak bardzo jestem nią znudzony, tak bardzo nie wiem, gdzie się wysiada, tak bardzo mam wszystkie moce, wszystkie zdolności, by przestać dryfować, a zacząć płynąć… Być może to wszystko jest gówno warte, a moja neurochemia potrzebuje regeneracji, stymulacji, potrzebuje wielkiego resetu? Nie mam potrzeb, nie mam zadowolenia, nie mam miłości… Miłość. Być może tylko to się liczy? Może nie liczy się już nic.

 

Wybudziło mnie pukanie, tak, jak przewidywałem, powrót na Ziemię, do komory był prawie natychmiastowy – zjeżyła mi się głowa, dostałem gęsiej skórki i od razu zapaliłem światło. Jakbym jak w Dark Starze, wybudzał się z głębokiego snu, z wielkiego letargu uniwersalnego żołnierza – dalej, realizujmy kolejny plan DNA, kodując kolejne sekwencje kodu w czasie rzeczywistym, działając.

Po prysznicu i szybkim dialogu z hipiską przedłużyłem karnet na następne sesje i wyszedłem z ośrodka. Chyba chciałem być sam. Najlepiej czuję się z samym sobą, dla siebie, w sobie. Poszukam tego bezpiecznego miejsca, Chcę tego bezpiecznego miejsca. Co dalej? Nie mam zupełnie pojęcia. Może to podróż, w której celem jest zerowa suma mojej śmierci, a chodzi o niej tylko o przeżywanie z chwili w chwilę, w ciągłej superpozycji jednoczesności w nieskończonym wszechświecie? Ten mój, ten twój, ten nasz jest właśnie tym określonym – ten o metr w prawo jest tym, w którym nigdy się nie spotkaliśmy, ten milę za mną jest przepełniony moim/twoim/naszym cierpieniem jeszcze mocniej, niż teraz. Chociaż wcale nie cierpię, chociaż wcale nie mam źle, chociaż z reguły w dziewięćdziesięciu procentach udaje mi się to, co zaplanuję, co zachcę, po co sięgnę. Może wypada sięgnąć po życie? Nie wiem.

Ciekawe doświadczenie. Polecam każdemu.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *