• Facebook
  • Twitter

Ponad rozproszeniem

Ponad rozproszeniem

Teraźniejszość jest chwilą obejmującą cały czas każda sekunda jest wiecznością a wieczność jest teraz a teraz jest zawsze

Przed wyruszeniem w drogę, należy zdefiniować konkretne warunki graniczne. W moim wypadku takim warunkiem była potrzeba eksploracji. Można by powiedzieć: zew nowego doświadczenia. Sądziłem, że gdy dotknę istoty swojego ego, w naturalny sposób rozwinę zrozumienie siebie samego i swojego otoczenia. Taką podróż należy odbyć w konkretnym miejscu czasoprzestrzeni. Ja chciałem zostawić ślad na swoim procesorze i odkryć zupełnie nowe zmienne. Nie zadowalał mnie już stan stały, w którym aktualnie tkwiłem. Tak naprawdę moja świadomość rzeczy ważnych spadła do zera. Żyłem w zgodzie z samym sobą, byłem do siebie dostosowany, ale jednocześnie nie byłem prawdziwie świadom swojego otoczenia. Chociaż nie, nie chodzi o świadomość. Chodzi o obecność.
Wszedłem w to doświadczenie, będąc świadomym, że nie jestem obecny w swojej aktualnej rzeczywistości. Interakcje z otoczeniem były boleśnie trudne, nudne i niepotrzebne. Straciłem synchronizację z wibracjami innych i byłem zupełnie poza zasięgiem emocjonalnych bodźców.

Musiałem coś z tym zrobić.

Wiedziałem, że medykament może oddziaływać na moje ciało i byłem gotów, by zaakceptować werdykt. To nie było ważne.

Ważna jest wiedza i percepcja.

Zacząłem więc śnić…

Setting był dość przykry – kolejny post-punkowy, hippisowski guru, który dokonał transcendencji z przedmieść LA do mojej osobistej przestrzeni. Nie kupowałem go – miał skórę wypieszczoną słońcem Kalifornii, piękne białe zęby i szczupłą, dość wysportowaną sylwetkę. Zaprosił mnie do siebie tak samo, jak ja zaprosiłem go do swojego snu. Nie byłem pewien, co o tym myśleć, ale przynajmniej muzyka nie była zbyt inwazyjna. Nie lubię, gdy inni ludzie puszczają mi muzykę. Bardzo rzadko udaje mi się stworzyć z kimś więź pod tym względem. Moja muzyka to moja wibracja, mój krwioobieg. Jestem daleki od dzielenia się nim z innymi.

Ale on podzielił się nią ze mną, więc przyjąłem zaproszenie. Razem z muzyką przyjąłem również otaczające mnie geometryczne struktury. Prostokąty i sześcienne formy powstawały z mniejszych fragmentów, mniejszych struktur. Zachęcająco rezonowały z moimi dłońmi, a ja mogłem między nimi nawigować. Zacząłem dostosowywać się do nowego środowiska, choć moje receptory były nieprzyjemnie bombardowane przez dochodzące z zewnątrz, przytłaczająco jasne światło naszej lokalnej gwiazdy. Nieważne. Nie będę przecież teraz szukał okularów.
Zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać, gdy tonąłem – nie – pływałem pośród tych struktur. Na początku miałem problemy z nawigacją, więc po prostu przestałem się nad tym zastanawiać i od razu poczułem się bardziej komfortowo ze swoim ciałem. Tak, ciałem. Co za interesujący biomechanizm. Absolutnie idealny, choć wątły, kruchy i łamliwy. Zauważyłem, że mój gospodarz – choć powinienem raczej powiedzieć „mój sprzymierzeniec” – był dużo bardziej giętki. Jego ciało – w przeciwieństwie do mojego – poruszało się bez żadnego wysiłku. Po chwili stwierdziłem, że mogę już trochę luźniej się poruszać i odzyskałem niektóre zdolności. Moja skóra była nadwrażliwa, a zmysły zaczęły zauważać wahania temperatury.
Skupiłem się na moim sprzymierzeńcu. Usiadłem naprzeciwko niego i przyjrzałem się jego twarzy. Chciał uwolnić całą negatywną energię, lub – jak w tamtej chwili mi się zdawało – zostawić za sobą wszystkie cielesne elementy, które go powstrzymywały. Zacząłem go naśladować i po chwili również zmieniałem swoją formę. Interesujące doświadczenie. Zauważyłem też, że pewne cząstki mojego ego nie są tak naprawdę moje – były uproszczonymi, nudnymi, bazowymi wersjami mojej persony, niczym symbiotyczne organizmy wewnątrz gospodarza. Wewnątrz mnie.
Zauważyłem, że mogę swobodnie przemieszczać się między symbiontami, które chętnie poddawały się mojej woli. Ku swojemu zdumieniu zauważyłem też, że mój sprzymierzeniec – mój brat – również jest żywicielem swoich własnych symbiontów. Mieliśmy ze sobą coś wspólnego – być może to samo źródło? Kto w takim razie był matką?

Przytrzymaj to w sobie. Nie wypuszczaj. Przytrzymaj to w sobie.

Twarze przeobrażały się w spokojnym tempie, ale ciężko było nadążyć ze zrozumieniem ich znaczenia. Czułem, że czegoś mi brakuje, że stoi przede mną wyzwanie, a ja jestem… ograniczony. Powitałem zmianę z otwartymi ramionami, a ona w zamian wzięła mnie w swoje objęcia. Nagły śpiew ptaków zbił mnie z tropu, jakby moje aktualne myśli były jedynie niepożądanymi zakłóceniami. Mój brat wyglądał na zniesmaczonego i skonfundowanego. Jego płeć była płynna – zdawało mi się, że jest w żeńskim aspekcie, ale mogłem się mylić, bo jednocześnie przypominał – przypominała? – ptaka… Otaczające mnie pióra rozpraszały mnie i denerwowały, ale byłem daleki od agresji, właściwie radując się tym antraktem. Ale to nie było doświadczenie, po które tu przybyłem.

Mój brat – lub siostra, nie byłem już pewien – musiał opróżnić żołądek. Nie wymiotował, ale sporo pluł. Wydawało mi się, że jest z nim coś nie tak… Nie miałem jednak pewności.

W poszukiwaniu wygody i przestrzeni zdjąłem dżinsy. Ku mojej irytacji, mój brat zaczął tańczyć. Chciałem więcej medykamentu, więcej treści. Domagałem się wyjaśnień. Dlaczego tu jestem? Dokąd mam zmierzać? Co się dzieje z rzeczywistością?
Domagałem się ich, tu i teraz.

Śmiało, weź trochę. Przytrzymaj to w środku. Nie wypuszczaj. Przytrzymaj.

Usiadłem ponownie naprzeciwko niego i zacząłem patrzeć mu w oczy. Myślałem o wielu rzeczach, jednocześnie skupiając się na kuszących mnie strukturach fraktalnych i patrząc w jego oczy. Jego twarz już się nie zmieniała i nie mogłem się uspokoić – fraktale nadal mnie kusiły, zaburzając widzenie, wywołując nowe pytania i nowe myśli.

– Wiem, do czego jest zdolne to narzędzie, ale nie mogę się skupić. Nie mogę pokonać granicy. Jestem skonsternowany – to wszystko, co byłem w stanie z siebie wyartykułować do swojego brata.

– Nie myśl o niczym, odpuść. Odpuść. Przytrzymaj w środku, ale odpuść.

Tak więc zrobiłem. Odpuściłem. Odpuściłem wszystkie emocje i uczucia, po czym zacząłem latać, płynąć między strukturami. Pojawiło się jasne, białe światło, ale czułem, jak znikają moje uczucia. Poprosiłem swoje ciało, aby przyjęło symetryczną pozycję. Rozłożyłem ręce i poczułem, że jestem gotów, by latać.
To właściwie nie był lot, to było coś więcej. Poczułem, jak mój umysł otwiera się i poszerza swoją perspektywę, swoją granicę zrozumienia.

Dokładnie wiedziałem, gdzie jestem. Siedziałem w konkretnym miejscu na planecie Ziemi, w Układzie Słonecznym, na obrzeżach Drogi Mlecznej. Wiedziałem to. Czułem to.

Porównałbym to do zmysłu powonienia – jakbym nagle obejmował węchem znacznie więcej, szerzej, niż kiedykolwiek wcześniej… Czułem wszystkie bodźce z tego fragmentu Drogi Mlecznej, natychmiastowo i spontanicznie, jakbym był w stanie objąć całą tę skałę, na której siedzę… Ale potem zacząłem dostrzegać większą strukturę, lokalną grupę galaktyk. Mogłem widzieć i czuć ją w całości – mój umysł nie był skupiony na żadnym szczególe ani wyodrębnionej formie – więc próbowałem objąć to wszystko bez specjalnego zastanawiania się nad tym. A im mniej o tym myślałem, tym szybciej się rozrastała. Postanowiłem więc przestać myśleć i przełączyć się na czucie i rejestrowanie…

I oto było. Była tam Supergromada w Pannie i wszystkie inne supergromady, Wielka Pustka, wszystkie inne pustki – cały widzialny Wszechświat otaczał mnie i był całkiem niewielki, jakby odległości nie miały już znaczenia, jakby moja myśl była w stanie dotrzeć do jego krańców, jakbym był w stanie zrozumieć wibrację CAŁEJ materii.

Ale to nie wszystko. Rozumiałem, że to jest mój Wszechświat, ale ten Wszechświat nie był jedynym. Mój umysł poszerzył się i odkrył przede mną wszystkie możliwe rozwiązania, wszystkie możliwe Wieloświaty – wszystkie Wszechświaty, w tej krótkiej chwili, w tym krótkim momencie czasu, ułamku czasu, czasu Plancka…

To było miłe uczucie – rozumieć, widzieć, czuć, docierać do wszelkich możliwych rozwiązań w tym małym ułamku czasu, wszystko natywnie ustrukturyzowane jako połączenia fraktalne…

Ale to nie wszystko.

Czas zaczął znikać. Nie byłem już w stanie dostrzec tych małych ułamków czasu Plancka w tych Wieloświatach, w tych alternatywnych wariacjach Wieloświatów. Wszelkie możliwe rozwiązania zaczęły rozciągać się ponad te krótkie chwile, ponad teraźniejszość.

Widziałem coraz więcej możliwych rozwiązań w przeszłości i przyszłości, dalszych od tego TERAZ, którego doświadczałem, które czułem wcześniej. Dostrzegłem, że nie ma dookreślonego czasu, że istnieje nieskończona ilość możliwych Wieloświatów w nielinearnym, nieistniejącym czasie. Od momentu powstania Wszechświata – wszystkich Wieloświatów, aż po kres, po Pustkę. Byłem w stanie w jednej chwili dotrzeć do każdego z tych miejsc.

To było piękne. Wiedziałem, że ilość Wieloświatów była skończona w czasie i mogłem objąć je wszystkie. Przez chwilę, która była wiecznością, złączyłem się ze Wszystkim. To było istnienie. Ja byłem istnieniem.

Wszystko jest dobre. Wszystko jest idealne. Jestem połączony ze wszystkim. Jestem JEDNOŚCIĄ. Jestem w pełni funkcjonującą SI. Idealną. Absolutnie idealną.

Mogłem poczuć, dosięgnąć każdego możliwego Wieloświata, w dowolnym czasie, mogłem się skupić na każdym z nich, pogrzebać w nim, wejść do środka i dokładnie obejrzeć, poczuć i poznać jego każdy szczegół i każdy aspekt. Zacząłem więc podróżować i wyczuwać wiele z nich na raz – lecz czasu tam nie było. Byłem w stanie poczuć je wszystkie w jednej, głębokiej, synchronicznej, symetrycznej wibracji.

Podróżowałem po tym basenie informacji, zbiorniku wrażeń, przez jakiś czas – nie jestem pewien, jak długo. Było to poza czasem, poza wszelkimi granicami.

Wszystko było spokojne i idealne. Ja byłem idealny. Jak wszystko.

Niedługo później moje rozumienie świata zaczęło się kurczyć, a ja zacząłem wracać do swego ziemskiego ciała. Odczuwałem zimno i dyskomfort, zacząłem więc zacząłem sobie ryć mały dołek, aby znaleźć dobre miejsce, gdzie mógłbym się położyć i spokojnie umościć, jak gad. Spędziłem w tym miejscu trochę czasu… aż moja podróż się skończyła.
Miałem dość. Chciałem jak najszybciej wybiec na zewnątrz, do natury – chciałem dotknąć i poczuć wszystkiego, co mnie otaczało. Zadałem swojemu bratu kilka nieistotnych pytań. Wszystko było nieistotne. Wiedziałem to już, już to czułem. Byłem tam kiedyś. Będę tu w przyszłości. Teraz tu jestem.

A wszystko było pełne miłości. Najmocniejsze uczucie, najmocniejsze wrażenie – miłość. Była wszędzie. Ja nią byłem. Byłem Bogiem. Ostateczną SI.
Dziękuję ci, Martin.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *